Gdańsk 2.0.

W tamtym tygodniu żegnałam się, a w tym – witam się. Coś kończy się, coś zaczyna. W zasadzie z moim podejściem nic nigdy nie kończy się. Wszystko co chcę jest zawsze żywe w moich wspomnieniach. Zamykam oczy i wiem – pamiętam. Dobre wspomnienia odtwarzam jak slajdy w mojej głowie, delikatnie uśmiecham się wtedy, a czas na chwilę staje – gdziekolwiek jestem, to nie ma znaczenia.

Wróciłam w sobotę w nocy. Jak to ze mną jest – proces powrotu był długi… Rano przed wyjazdem kawa z koleżanką, reszta paczek do kuriera, a gdy już byłam gotowa jechać zapakować walizki, to spotkałam kolegę na Krupówkach. To pożegnalna kawka, pogaduszki – całe szczęście, bo pomógł mi się zapakować do samochodu. Co ja bym bez niego zrobiła, nie wiem… chyba wyjechałabym kolejnego dnia – zanim bym to wszystko poprzenosiła. Gdy już auto było spakowane, spotkałam sąsiadkę na klatce – przemiła, zawsze pomocna osoba w tym domu (myślę, że jej synek do dziś jest przekonany, że pluszowego misia na święta dostał od Mikołaja) – ucięłyśmy sobie krótką pogawędkę. Zdałam mieszkanie – wsiadłam do samochodu –  ufff… mogę jechać. Z całym tym inwentarzem ruszam na drugi koniec Polski. Uczucie radości w moim sercu przeplata się ze smutkiem. Wyjeżdżam. Nie, dzwoni telefon – jeszcze nie wyjeżdżam, ale już prawie – a jak wiemy prawie robi różnicę. Muszę jeszcze coś odebrać, z kimś pożegnać się. Na wyjeździe z Zakopanego staję jeszcze w McDonaldzie na pożegnalne lody. Żegna mnie ta sama osoba, która w Zakopanem witała i po nim oprowadzała. Gdy tak tam siedzimy, tak przez chwilę, myślę sobie, że historia lubi zataczać koło, a dziś ten cykl kończy się.

Dobrze, ale do brzegu, wsiadam, jadę. Tak prawie, bo są straszne korki. Jak zawsze droga do/z Zakopanego, do/z Krakowa to gehenna. Stoję, jadę 20km/h. Eh, zanim przejechałam ten korek, zdążyłam zgłodnieć. Nie znoszę jeść przy drodze, więc zahaczyłam o Katowice – tam też mam swoje ulubione miejsca. Swoje ulubione wspomnienia sprzed lat, gdy przyjeżdżałam tu jako 25-cio latka i jeszcze nie byłam tak pewna, że świat należy do mnie – teraz już to wiem. W zasadzie może nie tyle do mnie, co po prostu do wszystkich tych osób, którym zależy, które chcą i które coś robią w obranym kierunku – a ja zaliczam się do nich. Najedzona, szczęśliwa, gotowa do drogi, a nie – jeszcze moja ulubiona kawa – tak, teraz gotowa do drogi. Wsiadam, zapinam pas, choć zazwyczaj tego nie robię – tak w trasę – zawsze. Wiem jak jechać. Ruszam.

Przez tą całą drogę mój nastrój zmienił się parę razy – widać to po muzyce, którą puszczam. Raz jestem pełna energii – puszczam Beyonce, Jennifer Lopez, Dua Lipa, Dance Monkey, Mike Posner – Cooler Than Me (w końcu jestem cool). Potem przechodzę w stan znudzenia, wyciszenia – puszczam Nea – Some Say, Taylor Swift – Lover, Felix Jaehn – Close Your Eyes.. Na końcu przychodzi czas na nostalgię i zadumę – puszczam John Legend (wszystko jego), Christina Perri – Thousand Years, Katie Melua – Nine Milions Bicycles, Urselle – Truly Madly Deeply i takie tam smuty. Tak cykl powtarza się – raczej moje ulubione, jak to nazywam „hity satelity”.

Jeszcze tylko parę postojów, na batoniki i żelki – koniecznie – takim sposobem w domu jestem około 2-giej nad ranem.

Niedziela jest dniem wyjętym z życia. Chcę odpocząć, pobyć w domu, zawinąć się w kokon odespać podróż, emocje i nabrać sił na kolejny dzień wypełniony pracą. Jestem u mamy, nie ma lepszego miejsca niż dom rodzinny. Nie ma lepszej opiekunki niż mama, zwłaszcza moja mama – pamiętam, ma to po babci.

Monday I’m in love with you, czyli nic nie jest w stanie mnie powstrzymać.

Już nie pamiętam kiedy bym jeździła po swoim mieście, swoim samochodem. Zazwyczaj przylatywałam samolotem (niestety nie swoim – jeszcze :P) auto brałam od mamy. Dzisiaj jadę przez Gdańsk i czuję ulgę – chyba nie potrafię tego wyjaśnić, ale to takie samopoczucie, że jestem „u siebie”. Myślę, że podświadomie czuję się tutaj bezpieczniej, lepiej. Doskonale znam to miasto, mam milion „swoich” miejsc i dwa miliony znajomych. Tych dobrych osób wokół mnie, które mi kibicują i dobrze życzą, jak i tych które patrzą na mnie z zazdrością, że mogę, że niewielu rzeczy boję się, gdy one trzęsą się na myśl o kolejnym dniu. Właśnie co do znajomych to także ciekawa historia – mianowicie plotki w Trójmieście rozchodzą się z prędkością światła. Jeszcze nic nie zdążyłam wstawić na socjale, a już ktoś mnie gdzieś widział, ktoś coś komuś powiedział i tak dzwoni do mnie kolega, który aktualnie jest we Włoszech na nartach i pyta jak w Trójmieście.  Czasami wolałabym być bardziej „przeźroczysta”, ale wiem, że nic z tego. Chcąc być niewidzialna musiałabym nie być sobą – a tego bym nie zniosła, nawet przez sekundę.

Idę do mojego biura, które wyznaczyłam sobie w Coscie – jak zawsze, przecież to już każdy wie.

Dzień dobry – tyle starczy, wiadomo co i jak piję – skinę tylko potwierdzająco głową na pytanie, czy to co zawsze i siadam w jakimś cichym miejscu.

Popracuję, zajmę się moim nowym projektem – nie odpuszczę, nie tym razem, w końcu świat należy m.in. do mnie!

Odwiedzę kolegę w restauracji, dopiero co otworzył – świetnie, kupiłam mu słonika na szczęście. Bardzo mu kibicuję, ale gdy tylko schodzimy na dół – chcę zobaczyć kuchnię, jak wszystko urządził – dzwoni jego dziewczyna. Ma dostęp do kamer. Takie to creepy, myśl, że obserwowała nas na kamerach, gdy my po prostu rozmawialiśmy. Nie prędko tam pójdę znowu. Szkoda bo fajne miejsce, a On super sympatyczna i dobra osoba.

Do domu wracam późno, ale jestem zadowolona – to był dobry dzień. Dobrym dniem zaczynam kolejny „etap”.

Posts created 50

One thought on “Gdańsk 2.0.

  1. Coż nie wszystko dla każdego. Mam nadzieję, że walentynki nie były płone, skoro najciekawsze co zrobiłeś to komentarz pod tym luźnym tekstem.
    Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Related Posts

Begin typing your search term above and press enter to search. Press ESC to cancel.

Back To Top